logo IPNInstytut Pamięci Narodowej

Notacja Dariusz Markowski

Notacja Dariusza Markowskiego, uczestnika wydarzeń Radomskiego Czerwca 76'

Relacja Dariusza Markowskiego

Historia bywa genialnie streszczona w jednym geście, obrazie, w szybkom szkicu i kadrze. Tak jest i z historią buntu w Radomiu, którego najlepszym bodaj ujęciem jest zdjęcie skupiające niczym w soczewce doświadczenia i przeżycia zbuntowanego w antykomunistycznym odruchu miasta. Zdjęcie bardzo znane i po wielokroć już wykorzystywane przez historyków i dziennikarzy. Swoista „ikona” Radomia i jego powikłanej przeszłości.

Oto szeregi wózków akumulatorowych, na nich młodzi ludzie w robotniczych kufajkach, niekiedy z cylindrycznym beretem na głowie, częściej – z chmurą długich włosów nad czołem, znakiem przynależności do „kultury Beatlesów”, bardzo wtedy młodych ludzi nobilitującej – jak nieco wcześniej pstrokate skarpetki. Jeszcze przyglądają się śmiało gąszczom biało-czerwonych flag na ulicach, robotniczej radości. Jeszcze się śmieją, i nie wiedzą, że już wkrótce, za parę godzin, przyjdzie im spojrzeć w ponurą gębę ZOMO-wca, który twardą pałą wymachując, zostawi im na plecach ślad siny, i jakże często na całe życie – opowiada pan Dariusz Markowski, jeden z tych zbuntowanych chłopaków. Na zdjęciu widzimy go za kierownicą wózka w otoczeniu kilku innych chłopków.

Oto jego historia, spisana po blisko 40 latach.

Zaczęło się to wszystko w „Walterze”, w zakładach metalowych, największym  przedsiębiorstwie w Radomiu. Miałem wtedy 18 lat, rok wcześniej skończyłem szkołę zawodową, byłem zatrudniony na Wydziale Remontowym jako tokarz. Zaraz na początku pierwszej zmiany zaczęły się dyskusje o podwyżkach. O tym, że ciężko będzie teraz związać koniec z końcem.

- Przypomnijmy: podwyżkach, które zapowiedział dzień wcześniej ówczesny premier Piotr Jaroszewicz. Podwyżkach rzeczywiście bardzo drastycznych, które mogły zrujnować wiele z domowych budżetów. I tak cukier miał zdrożeć o 90 proc., masło o 60 proc., ziemniaki o 22 proc. Podobnie inne artykuły spożywcze.

No właśnie. Ludzie się wściekli i czuć było, że coś wisi w powietrzu. My dostaliśmy zlecenie na wykonanie robót poza zakładem. Zabraliśmy wózek akumulatorowy, ten z numerem 23, który widzimy na zdjęciu i wyjechaliśmy nim na ulicę 1905 roku, żeby zabrać materiał potrzebny do pracy. Ale na ulicy stało już mnóstwo ludzi, takich jak my – zbuntowanych i zdenerwowanych. Część z jednej strony bramy, część z drugiej. Brama była raz jednych, raz drugich. Otwierana i zamykana. Chociaż dyrektor i majstrowie apelowali o powrót do pracy, mało kto ich słuchał i tłum zaczął się przemieszczać, a my wraz z nimi – tym wózkiem. Najpierw pod dworzec PKP – kilkaset metrów dalej. A potem w stronę wojewódzkiego komitetu partyjnego na ówczesnej ulicy 1 Maja. Po drodze dołączali pracownicy z innych zakładów „Radoskóru”, „Blaszanki”. Miasto naprawdę stało się własnością nas – robotników.

- Sam pan jechał tym wózkiem?

Był ze mną kolega, zaopatrzeniowiec, z plikiem kwitów potrzebnych do rozliczenia się z magazynem. Ale on potem wyskoczył, nie wiem dlaczego, może się trochę przestraszył. Siedzieli też inni. Oni przyłączali się po drodze, nawet nie wiem kim byli, z jakich zakładów. Wskakiwali na wózek i już. Krążymy więc tym wózkiem po centrum Radomia, zajeżdżamy pod Dom Partii, krzyczymy, żeby inni się przyłączyli, niektórzy machają biało-czerwonymi flagami, które zabrali ze sobą. Tylko biało-czerwonymi, czerwonych nikt nie brał. Naprawdę robotnicze święto. A co działo się potem - wiadomo, zjawiło się ZOMO, które zaatakowało nas pod Domem Partii. Sekretarz Prokopiak zamiast z nami rozmawiać, wysłał przeciw nam milicję. A sam uciekł. Święto skończyło się, zaczęła się walka, taka prawdziwa. Oni na nas z pałami i gazem, my w nich kamieniami. W górze krążyły samoloty transportujące posiłki dla ZOMO. Trochę się baliśmy, bo krążyła pogłoska: że to nie milicja, tylko Sowieci. Wycofaliśmy się wtedy na ulicę 1 Maja, wjechaliśmy w jedną z bram, chcieliśmy wrócić, ale wózek był już za słaby, akumulatory się wyczerpały i musieliśmy go porzucić. Został w tej bramie. Co się nim stało, nie wiem. Wróciliśmy na ulicę i razem ze znajomym dostaliśmy się na inny wózek. W pobliżu krążyła karetka pogotowia. Ludzie sugerowali, że wiezie zabitych robotników. Krzyczeli: „ZOMO, ZOMO, zabójcy”.

- Mówimy o dwóch manifestantach, którzy zginęli przy budowie barykady ulicznej już za gmachem KW PZPR. Według ustaleń historyków, ich ciała demonstranci umieścili na platformie wózka akumulatorowego i zawieźli do stacji pogotowia. Po drodze informowali, że przewożą zwłoki robotników zabitych przez MO.

Było trochę inaczej. Podjechaliśmy tym naszym wózkiem pod miejsce wypadku. Stała już tam karetka. Wysiadł z niej lekarz i chyba kierowca. Podeszli do tych dwóch mężczyzn, stwierdzili, że nie żyją, i nie ma ich co zabierać. Wszyscy byli rozwścieczeni, bo – za przeproszeniem – dwa trupy leżą na ulicy i nie dzieje się nic, nie wiadomo nawet czy przyjadą jakieś służby czy nie. Zapakowaliśmy więc ich na nasz wózek i ruszyliśmy w stronę pogotowia i szpitala na ul. Tochtermana. Najkrótszą drogą, bez manifestowania i krążenia po mieście. Bez krzyków. Za nami tłum ludzi. Brama szpitala była spięta łańcuchami. Wyjęliśmy ją z zawiasów i wjechaliśmy do środka. Ktoś poleciał szukać lekarza, po prawej stronie stały wózki szpitalne, myśmy położyli na nich ciała, w końcu przyszedł lekarz, potwierdził zgon i naciągnął na nie prześcieradła. Wtedy wszyscy ruszyliśmy z powrotem pod Dom Partii. W sam środek wojny ulicznej. W te chmury dymu z gazów łzawiących, ciężkie i groźne. Ludzi ten gaz paraliżował i zamieniał w bezbronne ciała. Zdolne płakać i tyle. Ja akurat okazałem się odporny na ten gaz i odrzucałem pojemniki z gazem w stronę ZOMO-wców

- Czyli uczestniczył pan w walkach?

Tak, ale do czasu, bo stwierdziłem, że są tacy, którzy korzystając z okazji zaczynają rozbijać i rabować sklepy. Chociażby „Sezam”, duży dom towarowy w centrum Radomia. Nie mogłem tego uznać za dobre, i wycofałem się. Poszedłem do swojej dziewczyny, a w nocy razem z matką pojechałem do Elbląga na przysięgę wojskową kuzyna. Wróciłem dopiero dwa dni później. I może dlatego uniknąłem zatrzymania i aresztowania, jakichkolwiek represji. Nie ukarano mnie nawet dyscyplinarnie, bo chyba ktoś podbił za mnie kartę zegarową w zakładzie, a ja sam nie chciałem dyskutować o tym, co się działo tego dnia w Radomiu.

Natomiast wracając jeszcze do zdjęcia. Sam jestem ciekaw kto je zrobił i kiedy. Bo rzeczywiście – dobrze oddaje nasze emocje. Chciałbym też wiedzieć, kto oprócz mnie był na wózku. Ja informacji takich nie miałem i nie mam. Powtórzę: wszystko się działo szybko i spontanicznie. Historia przyśpieszyła i tyle.

Opcje strony